*tydzień później*
Perspektywa Jess
Nastał ten upragniony dzień! W końcu wydostałam się z tego obskurnego, ponurego miejsca jakim jest szpital. Nie będę ukrywała, że energia aż ze mnie kipi. Zanim zdążyłam wrócić do domu, już uciekłam z Niną na miasto. Matka oczywiście kręciła głową, ciągle powtarzając, że dopiero opuściłam szpital i powinnam odpoczywać. Jednak ja miałam dość izolacji. Dodatkowo tęskniłam za waniliowym frappucino w Starbucksie, popisanej i lekko już starej ławce, na której zawsze siadamy z przyjaciółką. Za miejskim gwarem Orladno i tą nieziemską, słoneczną pogodą. A głównie za spędzaniem czasu ze znajomymi. Zdecydowałam się, że w ten wyjątkowy dzień przedstawię swoje plany względem Columbii i przeprowadzki Ninie. Oczekiwałam, że będzie się ze mną cieszyła, ba nawet mogłyśmy się popłakać ze szczęścia. Ale tak się nie stało. Bardzo mnie zraniła i zasmuciła reakcja przyjaciółki na to obwieszenie.
-Słuchaj Jess, cieszę się, że lekarz się zgodził i wszystko w porządku, ale spójrz na to z perspektywy swojej rodziny. Nie kontaktowali się z tobą od 5 miesięcy a ty pierwsze co im zagotujesz na dzień dobry to wyprowadzka. Musisz się nauczyć żyć ze swoim strachem. A przede wszystkim nie możesz uciekać. I na prawdę doceniam, że to także jest dla mnie. Ale ja poczekam, nigdzie nie ucieknę. -jej głos był dziwnie zniekształcony, jakby użyła mojej rodziny jako wymówki, żebym nie przyjeżdżała do NY.
-Nina... Ja również doceniam, że myślisz o mojej rodzinie. Ale ja nie mogę tu żyć. Nie po tym co się stało, nie kiedy każdy skrawek miasta przypomina mi o Nicku. On mnie nawet nie pamięta! A ja po prostu chcę zacząć od nowa. -mój ton przybrał szorstki odcień, ale muszę walczyć o swoje rację.
-Jess, kochanie dasz sobie radę. Ja to wiem. Przystosujesz się do życia tutaj, póki co i tak musisz chodzić na rehabilitację. Musisz poukładać sobie pewne rzeczy. A co najważniejsze - musisz nauczyć się wybaczyć tobie samej. Wypadek i sprawa z Nickiem to nie jest i nigdy nie będzie twoja wina. Choćby nie wiem co! -teraz jej głos pojaśniał i zmieniła się w zatroskaną przyjaciółkę, nawet miała rację w wielu kwestiach. Jednak ja wciąż nie wierzyłam w jej intencję.
-Mam na to pięć miesięcy. Tyle muszę chodzić regularnie na rehabilitację i tyle wystarczy mi do pożegnania się z Orlando oraz poukładania swoich myśli. Zobaczymy się w przyszłym roku Nina! Będziemy w końcu współlokatorkami jak planowałyśmy od ósmej klasy. Wszystko będzie okej, ja już o to zadbam. Niestety nie zdążyłam dokończyć, kiedy przerwał mi straszny krzyk.
-NIE! Rozumiesz? Próbowałam być tu dla ciebie, ale nie potrafię już tak dłużej. Byłaś nieobecna przez 5 miesięcy a ja już od dawna cię nie odwiedzałam. I za nim coś powiesz - dobrze wiem, że się zmieniłam. Wiem, że zbyt szybko utraciłam nadzieję. Ale ja po prostu nie mogę tak żyć. I nie chcę. Tak samo nie chcę, żebyś przyjeżdżała na Columbię. Dalej jesteś moją przyjaciółką i zawsze będziesz. Jednak nie czuję już tej więzi między nami, zwłaszcza, że coś ukrywasz.
-Nina, czy ja dobrze rozumiem, czy ty właśnie starasz się mnie pozbyć? Czy ominęło mnie coś? Może coś dużego? He? -wydaję mi się, że zadałam jej podchwytliwe pytanie, bo spuściła wzrok. Z ponurą miną coś mi tam wymamrotała i oznajmiła, że musi już spadać. "Oczywiście, najlepiej to teraz mnie unikać i odpowiedzi na pytania" -byłam zła na przyjaciółkę. W nieciekawym humorze również udałam się w stronę domu. Po drodze zaszłam do malutkiej kawiarenki, w której uwielbiam przesiadywać kiedy chcę być sama. Nikt nie wie o tym miejscu. Jest kilka ulic dalej za moim osiedlem i chodzę tam po kryjomu. Gdy weszłam do środka zastałam ten sam widok co zawsze. Nic się nie zmieniło. Lokal nadal był urządzony w stylu retro - na środku stał niewielki, okrągły stolik z czterema, wygodnymi pufami w zestawie. Dookoła poustawiane były skórzane sofy, wysokie krzesła. Na ścianach wisiały kolorowe plakaty a na jednej z nich znajdowała się główna atrakcja (przynajmniej według mnie) kawiarenki - ukośny cytat, narysowany przez syna właścicielki, który studiuje sztuki plastyczne, a w wolnym czasie dorabia jako malarz przecudownych wzorów, portretów cytatów na ścianach itp. Raz skorzystałam z jego usług, kiedy mama w końcu zaoszczędziła trochę pieniędzy na gruntowny remont w naszym 4-pokojowym mieszkaniu. "Życie jest zbyt krótkie, aby zastanawiać się 2 razy." - głosi wspomniany przeze mnie cytat. Nie wiem czemu, ale zgadzam się z tym w zupełności. Niby warto czasami poświęcić więcej czasu na zastanowienie się przed czymkolwiek, ale bywają czasy gdy jest po prostu za późno. A potem ciągle będziesz się zadręczał myślą, a co by było gdyby? To nas definiuje, prawda?
W każdym razie całokształt kawiarni był ulokowany w ciepłych, pastelowych kolorach. Miło jest spędzić trochę czasu w takim pozytywnym miejscu. Ledwie przekroczywszy próg - już czujesz zapach świeżo mielonej kawy i smażących się prawdziwych, amerykańskich naleśników. Gdy weszłam do środka zaalarmowałam przez dzwoniące przy wejściu dzwoneczki, pani Smith, starszej kobiecie, ale ciągle w pełni życia, która była odpowiedzialna za to miejsce, że weszłam do "Nibylandii". Nie wiem jak ona to zrobiła, ale ledwie zawitałam u niej, a ta już wyskoczyła z kuchni serdecznie mnie witając.
-Tęskniłam za tobą maleńka. Jak tam życie? Zakładam, że niezbyt ciekawie. -oczywiście jak zawsze radosna pani Smith.
-Taa, śpiączka to nie szczyt marzeń. -powiedziałam to z taką desperacją w głosie, że natychmiast wybuchnęłyśmy śmiechem.
-Dla naszej kochanej kaleki dzisiaj naleśniki za darmo! -tak, muszę wspomnieć, że znam panią Smith od bardzo długiego czasu i takie "promocje" czy byłam w śpiączce czy nie, zdarzają mi się bardzo często. Nie lubię nic wyłudzać od innych ludzi, ale znam tą kobietę na tyle dobrze, by wiedzieć, że dla niej to sama przyjemność. Ale w tym momencie bardzo mnie zaskoczyła.
-Seth, pozwól tu na chwilę z tej kuchni. Mamy bardzo wyjątkowego gościa. -wtedy w ubrudzonym mąką fartuchu, zza drzwiczek prowadzących do składzika wyszedł nieziemsko przystojny chłopak. Wyglądał na około dwudziestolatka, miał jasne, w totalnym nieładzie, krótkie włosy i hipnotyzujący uśmiech. Nie mogłam sobie przypomnieć skąd go znam, aż po chwili doszłam do wniosku, że to TEN SETH! Ten Seth, który pomalował mi ściany w pokoju, ten Seth, który jest synem pani Smith. Totalnie go nie poznałam! Zmienił się niesamowicie. -Poznaj proszę mojego najstalszego klienta, Jess O'Brien. Dopóki nie padła ofiarą głupiego żartu od losu przychodziła tu praktycznie codziennie. -kiedy pani Katie wychwalała mnie przed swoim chłopcem, zarumieniłam się. Totalnie zamieniłam się w czerwonego buraczka.
-Witaj, Jess. Jestem Seth, ale myślę, że powinnaś mnie pamiętać. Malowałem... -nie dałam mu dokończyć, bowiem słowa wypadły impulsem z moich ust.
-Wzory u mnie na ścianie, tak pamiętam. Wiem też, że totalnie się zmieniłeś! Seth, do diabła gdzieś tak przypakował? -niby nie znam syna pani Smith, ale ta pogodna rozmowa dała mi wrażenie jakby był moim przyjacielem od lat.
-A tam i ówdzie. Podsłuchałem też, że mamy dzisiaj promocję dla ciebie. Więc może pójdę przyrządzić ci naleśniki, których nie zapomnisz przez długi czas. W końcu masz co świętować. -I wtedy po chichu, aby pani Katie nie usłyszała dodał -Moja mama powiedziała mi to i owo. Czasami nie może przestać o tobie gadać. Widać, że jesteś kimś wyjątkowym dla niej.
-Co tak szeptacie dzieciaki, co? Jestem stara, fakt, ale nie lubię brudnych sekrecików za moimi plecami! -kiedy zaczęła udawać obrażoną, ja z Sethem popatrzyliśmy się na siebie a później wymieniliśmy się uśmiechami. Wtedy syn pani Smith poszedł z powrotem do kuchni, szykując mi naleśniki, a ja zatopiłam się w długiej rozmowie z jego mamą. Brakowało mi tej kobiety, tak bardzo za nią tęskniłam. Rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym. Dzięki temu byłam już na bieżąco z miejscowymi plotkami, zjadałam niesamowicie dobry posiłek, za który wdzięcznie podziękowałam Sethowi i spędziłam po raz pierwszy cudowny czas, odkąd się wybudziłam. Kiedy zorientowałam się jak późno się zrobiło, pożegnałam się z tą dwójką i pognałam do domu. Nie chciałam zaczynać awantury z matką.
Przekraczając próg domu zastałam rozwścieczoną Sylvię. Gdyby jej wzrok mógł zabijać, byłabym martwa w sekundę. Od razu zaczęła na mnie wrzeszczeć, ja jednak nie wtrącałam się i udawałam, że jej nie słyszę. Czemu ona nie może trochę wyluzować? To nie ona chodzi teraz z wielkim poczuciem winy w sobie i wybudziła się właśnie z 5-miesięcznej śpiączki. Chyba należy mi się trochę relaksu? W każdym razie krzyczała tak na mnie przez kilka dobrych minut, dopóki nie przyszedł Daniel i ją uspokoił. Wymamrotał coś, żeby poszła zaparzyć sobie rumianek i wzięła swoje tabletki. Na słowa lekarstwa od razu zwróciłam oczy na młodszego brata. On również popatrzył na mnie przepraszającym wzorkiem. Kiedy usłyszeliśmy matkę krzątającą się w kuchni, Daniel cichym, nieśmiałym głosem powiedział do mnie:
-Prosiła, aby nic ci nie mówić. Nie chciałem tego, przepraszam.
-No to teraz bracie, musimy poważnie pogadać... -wpatrując się w niego pustym wzrokiem, oczekując najgorszego. O ironię, tak właśnie było.
-Jess, kochanie dasz sobie radę. Ja to wiem. Przystosujesz się do życia tutaj, póki co i tak musisz chodzić na rehabilitację. Musisz poukładać sobie pewne rzeczy. A co najważniejsze - musisz nauczyć się wybaczyć tobie samej. Wypadek i sprawa z Nickiem to nie jest i nigdy nie będzie twoja wina. Choćby nie wiem co! -teraz jej głos pojaśniał i zmieniła się w zatroskaną przyjaciółkę, nawet miała rację w wielu kwestiach. Jednak ja wciąż nie wierzyłam w jej intencję.
-Mam na to pięć miesięcy. Tyle muszę chodzić regularnie na rehabilitację i tyle wystarczy mi do pożegnania się z Orlando oraz poukładania swoich myśli. Zobaczymy się w przyszłym roku Nina! Będziemy w końcu współlokatorkami jak planowałyśmy od ósmej klasy. Wszystko będzie okej, ja już o to zadbam. Niestety nie zdążyłam dokończyć, kiedy przerwał mi straszny krzyk.
-NIE! Rozumiesz? Próbowałam być tu dla ciebie, ale nie potrafię już tak dłużej. Byłaś nieobecna przez 5 miesięcy a ja już od dawna cię nie odwiedzałam. I za nim coś powiesz - dobrze wiem, że się zmieniłam. Wiem, że zbyt szybko utraciłam nadzieję. Ale ja po prostu nie mogę tak żyć. I nie chcę. Tak samo nie chcę, żebyś przyjeżdżała na Columbię. Dalej jesteś moją przyjaciółką i zawsze będziesz. Jednak nie czuję już tej więzi między nami, zwłaszcza, że coś ukrywasz.
-Nina, czy ja dobrze rozumiem, czy ty właśnie starasz się mnie pozbyć? Czy ominęło mnie coś? Może coś dużego? He? -wydaję mi się, że zadałam jej podchwytliwe pytanie, bo spuściła wzrok. Z ponurą miną coś mi tam wymamrotała i oznajmiła, że musi już spadać. "Oczywiście, najlepiej to teraz mnie unikać i odpowiedzi na pytania" -byłam zła na przyjaciółkę. W nieciekawym humorze również udałam się w stronę domu. Po drodze zaszłam do malutkiej kawiarenki, w której uwielbiam przesiadywać kiedy chcę być sama. Nikt nie wie o tym miejscu. Jest kilka ulic dalej za moim osiedlem i chodzę tam po kryjomu. Gdy weszłam do środka zastałam ten sam widok co zawsze. Nic się nie zmieniło. Lokal nadal był urządzony w stylu retro - na środku stał niewielki, okrągły stolik z czterema, wygodnymi pufami w zestawie. Dookoła poustawiane były skórzane sofy, wysokie krzesła. Na ścianach wisiały kolorowe plakaty a na jednej z nich znajdowała się główna atrakcja (przynajmniej według mnie) kawiarenki - ukośny cytat, narysowany przez syna właścicielki, który studiuje sztuki plastyczne, a w wolnym czasie dorabia jako malarz przecudownych wzorów, portretów cytatów na ścianach itp. Raz skorzystałam z jego usług, kiedy mama w końcu zaoszczędziła trochę pieniędzy na gruntowny remont w naszym 4-pokojowym mieszkaniu. "Życie jest zbyt krótkie, aby zastanawiać się 2 razy." - głosi wspomniany przeze mnie cytat. Nie wiem czemu, ale zgadzam się z tym w zupełności. Niby warto czasami poświęcić więcej czasu na zastanowienie się przed czymkolwiek, ale bywają czasy gdy jest po prostu za późno. A potem ciągle będziesz się zadręczał myślą, a co by było gdyby? To nas definiuje, prawda?
W każdym razie całokształt kawiarni był ulokowany w ciepłych, pastelowych kolorach. Miło jest spędzić trochę czasu w takim pozytywnym miejscu. Ledwie przekroczywszy próg - już czujesz zapach świeżo mielonej kawy i smażących się prawdziwych, amerykańskich naleśników. Gdy weszłam do środka zaalarmowałam przez dzwoniące przy wejściu dzwoneczki, pani Smith, starszej kobiecie, ale ciągle w pełni życia, która była odpowiedzialna za to miejsce, że weszłam do "Nibylandii". Nie wiem jak ona to zrobiła, ale ledwie zawitałam u niej, a ta już wyskoczyła z kuchni serdecznie mnie witając.
-Tęskniłam za tobą maleńka. Jak tam życie? Zakładam, że niezbyt ciekawie. -oczywiście jak zawsze radosna pani Smith.
-Taa, śpiączka to nie szczyt marzeń. -powiedziałam to z taką desperacją w głosie, że natychmiast wybuchnęłyśmy śmiechem.
-Dla naszej kochanej kaleki dzisiaj naleśniki za darmo! -tak, muszę wspomnieć, że znam panią Smith od bardzo długiego czasu i takie "promocje" czy byłam w śpiączce czy nie, zdarzają mi się bardzo często. Nie lubię nic wyłudzać od innych ludzi, ale znam tą kobietę na tyle dobrze, by wiedzieć, że dla niej to sama przyjemność. Ale w tym momencie bardzo mnie zaskoczyła.
-Seth, pozwól tu na chwilę z tej kuchni. Mamy bardzo wyjątkowego gościa. -wtedy w ubrudzonym mąką fartuchu, zza drzwiczek prowadzących do składzika wyszedł nieziemsko przystojny chłopak. Wyglądał na około dwudziestolatka, miał jasne, w totalnym nieładzie, krótkie włosy i hipnotyzujący uśmiech. Nie mogłam sobie przypomnieć skąd go znam, aż po chwili doszłam do wniosku, że to TEN SETH! Ten Seth, który pomalował mi ściany w pokoju, ten Seth, który jest synem pani Smith. Totalnie go nie poznałam! Zmienił się niesamowicie. -Poznaj proszę mojego najstalszego klienta, Jess O'Brien. Dopóki nie padła ofiarą głupiego żartu od losu przychodziła tu praktycznie codziennie. -kiedy pani Katie wychwalała mnie przed swoim chłopcem, zarumieniłam się. Totalnie zamieniłam się w czerwonego buraczka.
-Witaj, Jess. Jestem Seth, ale myślę, że powinnaś mnie pamiętać. Malowałem... -nie dałam mu dokończyć, bowiem słowa wypadły impulsem z moich ust.
-Wzory u mnie na ścianie, tak pamiętam. Wiem też, że totalnie się zmieniłeś! Seth, do diabła gdzieś tak przypakował? -niby nie znam syna pani Smith, ale ta pogodna rozmowa dała mi wrażenie jakby był moim przyjacielem od lat.
-A tam i ówdzie. Podsłuchałem też, że mamy dzisiaj promocję dla ciebie. Więc może pójdę przyrządzić ci naleśniki, których nie zapomnisz przez długi czas. W końcu masz co świętować. -I wtedy po chichu, aby pani Katie nie usłyszała dodał -Moja mama powiedziała mi to i owo. Czasami nie może przestać o tobie gadać. Widać, że jesteś kimś wyjątkowym dla niej.
-Co tak szeptacie dzieciaki, co? Jestem stara, fakt, ale nie lubię brudnych sekrecików za moimi plecami! -kiedy zaczęła udawać obrażoną, ja z Sethem popatrzyliśmy się na siebie a później wymieniliśmy się uśmiechami. Wtedy syn pani Smith poszedł z powrotem do kuchni, szykując mi naleśniki, a ja zatopiłam się w długiej rozmowie z jego mamą. Brakowało mi tej kobiety, tak bardzo za nią tęskniłam. Rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym. Dzięki temu byłam już na bieżąco z miejscowymi plotkami, zjadałam niesamowicie dobry posiłek, za który wdzięcznie podziękowałam Sethowi i spędziłam po raz pierwszy cudowny czas, odkąd się wybudziłam. Kiedy zorientowałam się jak późno się zrobiło, pożegnałam się z tą dwójką i pognałam do domu. Nie chciałam zaczynać awantury z matką.
Przekraczając próg domu zastałam rozwścieczoną Sylvię. Gdyby jej wzrok mógł zabijać, byłabym martwa w sekundę. Od razu zaczęła na mnie wrzeszczeć, ja jednak nie wtrącałam się i udawałam, że jej nie słyszę. Czemu ona nie może trochę wyluzować? To nie ona chodzi teraz z wielkim poczuciem winy w sobie i wybudziła się właśnie z 5-miesięcznej śpiączki. Chyba należy mi się trochę relaksu? W każdym razie krzyczała tak na mnie przez kilka dobrych minut, dopóki nie przyszedł Daniel i ją uspokoił. Wymamrotał coś, żeby poszła zaparzyć sobie rumianek i wzięła swoje tabletki. Na słowa lekarstwa od razu zwróciłam oczy na młodszego brata. On również popatrzył na mnie przepraszającym wzorkiem. Kiedy usłyszeliśmy matkę krzątającą się w kuchni, Daniel cichym, nieśmiałym głosem powiedział do mnie:
-Prosiła, aby nic ci nie mówić. Nie chciałem tego, przepraszam.
-No to teraz bracie, musimy poważnie pogadać... -wpatrując się w niego pustym wzrokiem, oczekując najgorszego. O ironię, tak właśnie było.




